Cykl „Begin Again” – Mona Kasten

Z seriami zwykle jest tak, że im dalej tym gorzej. Przynajmniej ja mam takie doświadczenia, zwłaszcza jeśli cykl dotyczy tej samej pary. Ale nie tylko, bo najczęściej pierwsza część jest najlepsza, a reszta już nie wnosi nic nowego, nawet jeśli są to historie o innych postaciach. W przypadku Mony Kasten jest na odwrót – im dalej tym lepiej. Żeby nie było, uważam że cały cykl jest godny uwagi i dobrze napisany, ale szczególnie część trzecia mnie urzekła. Może zacznijmy jednak od początku.

Begin again

W “Begin again” mamy do czynienia z Allie, która postanawia wziąć życie we własne ręce i uwolnić się od toksycznych rodziców (naprawdę, na serio – zabić ich to mało, szczególnie mamusie). Ląduje w mieszkaniu z Kadenem – panem gburowatym, nieprzystępnym i tajemniczym. Oczywiście nie taki diabeł straszny jak go malują i po początkowym darciu kotów i niechęci bohaterowie zaczynają coś do siebie czuć, a chemia między nimi jest wyczuwalna od samego początku. Wspólne wypady w góry, rozmowy oraz rodzinki z piekła rodem (tutaj zamordować brata i ojca Kadena to mało) zbliżają ich do siebie. To co trochę mnie denerwowało, to takie odpychanie – przyciąganie bohaterów, niezdecydowanie Kadena i lekki chaos. Tak jakby autorka jeszcze sama nie wiedziała tak do końca jak to pociągnąć i “chciała za dobrze”. Niedopracowanie i pogubienie M. Kasten czuje się w tej historii, ale mimo tego jest to naprawdę dobrze napisana opowieść. Taki normalny, pomimo paru dramatów i koszmarnej rodziny, fajny romans z gatunku NA/YA. Chemia między bohaterami jest jak wspomniałam wyczuwalna i autentyczna, a sceny erotyczne szczegółowe, ale smaczne i nie opierające się tylko na fizyczności 😉 ta książka to taki dobry wstęp i okazja do poznania innych bohaterów.

Trust again

Trust again” jest bardziej… uporządkowane i dopracowane. Im dalej w serię tym autorka naprawdę radziła sobie coraz lepiej. Dawn to charakterna, zadziorna przyjaciółka Allie. Po kryjomu pisze opowiadania erotyczne i ukrywa swój pociąg do Spencera – przyjaciela Kadena z pierwszej części. Dawn ma naprawdę solidne podstawy, żeby nie pakować się w kolejny związek (tutaj udusić należy jej byłego). Za to Spencer jest spokojny, taki typ “solidny”, nie kryjący się ze swoimi uczuciami względem bohaterki. Jednak jego rodzicom też daleko do ideału, a sam bohater kiedyś nie był taki porządny jak teraz, a jego pewne decyzje z młodości jak się okazuje zaowocowały poważniejszymi konsekwencjami, które dotykają go po dziś dzień. W tej części jest spokojniej, jest ona bardziej uporządkowana, a Dawn ze swoim charakterem, sercem na dłoni nie da się nie lubić. Bohaterowie powoli docierają się, a Spencerowi w końcu udaje się zdobyć serce i co ważniejsze – zaufanie dziewczyny.

Feel again

A teraz czas na mój absolutny hit tej serii, czyli “Feel again”. Zabawne jest to, że nawet mnie nie kusiło, żeby czytać tę część, chciałam ją olać. Dlaczego? Sawyer, bohaterka “Feel again” to była Kadena, która dopiero w drugiej części dała się poznać od mniej sukowatej i ludzkiej strony i zaprzyjaźniła się z Dawn. Dlatego z lekką dozą niepewności postanowiłam przeczytać jej historię. Tutaj mamy opowieść rodem z “Kopciuszka”. Tyle tylko, że Isaac, czyli główny bohater jest Kopciuszkiem. Taki niepozorny chłopak, chodzący w szelkach, muchach i okularach, czerwieniący się na każdym kroku. Ale jak zwykle bywa, cicha woda brzegi rwie. Sawyer, która jest zdolną fotografką decyduje się przygotować na swoje studia projekt, który będzie dokumentować za pomocą obrazów metamorfozę Isaaca. Chce mu pomóc stać się playboyem, nauczyć go flirtować i przede wszystkim zmienić jego koszmarny styl ubierania. Oczywiście jak się można domyślić, z biegiem czasu Sawyer odkrywa, że dzięki bohaterowi zaczyna “czuć”. Bo należy wspomnieć jeszcze, że bohaterka lubi jednonocne numerki bez zbędnego zaangażowania. Zwykle w tego typu książkach to chłopak jest badboyem z tabunem kobiet u swego boku. A tutaj jest dokładna odwrotność, bo Sawyer jest tą doświadczoną i twardszą stroną. Wychowana razem z siostrą przez ciotkę (mordujemy) po przedwczesnej śmierci rodziców nie potrafi wyrażać swoich uczuć, jest zamknięta w sobie. Jedyną osobą, do której czuje miłość i przywiązanie jest jej siostra, która oznajmia, że wychodzi za mąż. Sawyer jest zagubiona i zdaje sobie sprawę, że ich relacje mogą już nie być takie jak kiedyś. Dziewczyna na dodatek zaczyna odczuwać wiele emocji związanych z Isaaciem, a jego spojrzenia, dotyk i każda rozmowa sprawiają, że bohaterka zaczyna angażować nie tylko swoje ciało, ale przede wszystkim umysł i serce. Dodajmy do tego jeszcze uroczą (no może oprócz rodziców – podduszanie lekkie się im należy) i wielopokoleniową rodzinę bohatera, prowadzącą farmę, którą Sawyer odwiedza coraz częściej i mamy prawdziwą ucztę i ciekawy, pełen emocji i chemii romans. No i proszę państwa – Isaac, cóż to był za bohater. Taki odpowiedzialny, spokojny, a przy tym totalnie cudowny i tylko z pozoru niepozorny facet, czyli typowy “cicha woda brzegi rwie” to ja rozumiem jak najbardziej i proszę o więcej. Ileż można czytać o wytatuowanych świniach 😉

Podsumowanie

Podsumowując jestem jak najbardziej na tak. Podobał mi się ten akademicki świat z naprawdę ciekawymi i rozgarniętymi młodymi ludźmi. To co się chwali to fakt, że autorka nie powiela charakterów i problemów postaci, które są totalnie odrębne, różne i mają swoje własne historie i kłopoty (ale bez zbyt wielkich dramatów – przynajmniej dla mnie). Dobrym pomysłem na mój gust było zachowanie oryginalnych tytułów, które w prosty sposób bardzo trafnie opisują to, co znajdziemy w poszczególnych częściach.

Polecam i sądzę nawet, że można czytać osobno te części i nie zaspoilerujemy sobie aż tak bardzo, ale myślę, że warto pójść od początku i poznawać wszystkich bohaterów stopniowo 🙂

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to sprawisz mi ogromną radość, jeśli:

Tam dokąd zmierzamy – B.N. Toler

Mam taki problem z tą książką, że sama nie wiem co o niej sądzić. Czuję niedosyt – to na pewno. Niemniej historia mi się podobała, czytało się “samo”. Zacznę od tego, że lubię takie układy, że ona jest jedna, a ich dwóch. Pod warunkiem, że bohaterka nie waha zbyt długo kogo wybrać i nie skacze od jednego do drugiego. Tutaj mamy taki mały, tyci problemik. Jeden z bohaterów nie żyje 😉 Pomysł bardzo ciekawy, z wykonaniem ciutkę gorzej. Tylko pytanie, czy to nie jest podyktowane moim “widzimisię”, bo jedna, jedyna rzecz (ale jakże ważne) mnie podrażniła i popsuła odbiór całej książki. Pytanie, czy innych też by to raziło. Zresztą, może zacznę od początku.

Wredne igraszki – Sally Thorne

Gdybym miała określić tę książkę jakimiś krótkim zdaniem to napisałabym: to była urocza, romantyczna i erotyczna historia. Dokładnie w takiej kolejności. Naprawdę, bardzo, ale to bardzo mi się ta książka podobała. Przede wszystkim bohaterowie, którzy różnili się od siebie jak dzień od nocy i oczywiście przez to właśnie doskonale do siebie pasowali. Plus klimacik typu “kocham cię i nienawidzę”, czyli to co uwielbiam w książkach. To jest przykład opowieści, która broni się sama, bo tutaj nie ma jakichś wielkich traum, nikt nie umiera, obyło się również bez zbędnych dramatów, seksów co pięć stron, po prostu jest rozwijające się uczucie. Tylko tyle i aż tyle.

Wybrana – Naomi Novik

Pewnie nigdy bym nie usłyszała o tej książce, gdyby nie mój chłop. Szukał na jakichś zagranicznych blogach informacji na temat różnych powieści, które łączą w sobie elementy fantastyki (dla niego) i romansu (dla mnie). W ten oto sposób trafiła do nas “Wybrana” – książka Naomi Novik. Autorka (jej matka jest Polką) wychowała się na naszych bajkach i baśniach. Grube i nieporęczne tomisko nie zachęcało mnie zbytnio do czytania, ale jak już dałam szansę tej historii to mocno mnie ona zauroczyła.

Słowa w ciemnym błękicie – Cath Crowley

Weszła mi ta książka do głowy i wyjść z niej nie może. Pierwsze spotkanie z autorka uznaje za czytelniczy sukces. Wiem, że to nie jest książka dla każdego, bo jest dosyć dziwna, pisana w czasie teraźniejszym, nietypowa, trochę smutna. Tak właściwie to nawet nie jest romans, chociaż o miłość jak najbardziej tutaj się rozchodzi, ale jest to także historia o dorastaniu, rezygnacji z marzeń, pogodzeniu się ze śmiercią bliskiej osoby i zrozumieniu, że bardzo dużo zależy tylko od nas. Od tego jak żyjemy, jak kochamy, jakie decyzje podejmujemy. Bo czasem coś się kończy, a coś zaczyna i tylko od nas zależy, czy to będzie początek czegoś dobrego.

Dziesięć poniżej zera – Whitney Barbetti

Jak ja lubię takie książki. Takie co to człowiekowi dają do myślenia, zapadają w pamięć, ale nie przytłaczają zbytkiem dramatów, chorób i traum. Nie martwicie się, ta książka kończy się happy endem. Może i mogłabym to ostatnie zdanie dać w spoilerze, ale nie chcę byście się tej historii bali (tak jak ja). Bo to jest naprawdę dobra opowieść, bo to jest naprawdę coś godnego uwagi, coś co sprawi, że człowiek zatrzyma się na chwilę, zamyśli, ale w taki dobry, nie wyniszczający sposób.

180 sekund – Jessica Park

Zmęczyła mnie ta książka. Po przeczytaniu “To skomplikowane. Julie” spodziewałam się po autorce sporej dawki emocji i nietypowej historii. Pomysł może i nie był najgorszy, ale wykonanie..sztuczne. Ta książka była po prostu sztuczna, niby z przekazem, niby większych głupot tam nie było, niby ręce i nogi to miało, ale to wszystko mało wiarygodne było. Takie pisanie na siłę, żeby stworzyć coś oryginalnego, dać jakiś morał i tyle.

November 9 – Colleen Hoover

Właśnie zryto mi beret, na szczęście całkiem pozytywnie, niemniej czuję się, jakby po mojej głowie, uczuciach i emocjach przejechał jakiś pług i rozgrzebał wszystko. Do tej pory moim numerem jeden jeśli chodzi o C. Hoover było “It ends with us”. Ale po lekturze “November 9” myślę, że miejsce pierwsze zostało mocno zagrożone. Jeśli ktoś by mnie zapytał którą z tych dwóch książek wolę, szczerze mówiąc nie potrafiłabym odpowiedzieć. Obydwie historie mocno mną poruszyły, chociaż każda z tych książek pociągnęła inną strunę. To wielki plus tej autorki. Może nie czytałam i na pewno nie przeczytam wszystkich wydanych u nas książek Hoover, ale nie mogę zarzucić tej pani schematyczności i powtarzalności. Wszystkie jej dzieła jakie do tej pory przeczytałam miały bardzo różne historie, poruszyły zupełnie inne tematy i miały specyficznych, nie powielających się nawzajem bohaterów.

Ponad wszystko – Nicola Yoon

Tak sobie pomyślałam, że książki po które w swoim życiu sięgnęłam można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza, to te lektury, które przeczytałam dla przyjemności, odprężenia i odmóżdżenia. Druga, to te dzieła, po których skończeniu miałam ochotę głośno krzyczeć: “nigdy więcej” i starałam się je wyprzeć ze swojej pamięci. Trzecia, to te cudne i piękne książki, które pamiętam i będę pamiętać pewnie zawsze, bo są tego warte. “Ponad wszystko” myślę, że należy do tej trzeciej kategorii 😉

Słowo i miecz – Amy Harmon

Naprawdę lubię Amy Harmon. Może nie ma wybitnych książek, może jej historie niczym wielce się nie odznaczają, ale trafiają do mnie w pełni i wiem, że wszystkie przetłumaczone i wydane u nas dzieła tej pani na pewno przeczytam.