Konkurs na żonę – Beata Majewska

To książka z rodzaju tych, które się czyta i nie może przestać a jakby ktoś zapytał: dlaczego? To nie wiadomo jak odpowiedzieć. Bo w sumie i bohaterzy mają w sobie coś irytującego (zwłaszcza Hugo, jak lubię śfinie tak on…), fabuła jest też jakaś nierealna i naiwna. Akcja pędzi tak, że człowiek czasem nie zdąży załapać co tutaj się tak właściwie zadziało, huragan, po prostu huragan.

Ale od początku. Mamy Łucję, 18letnie niewinne dziewczę, wychowane przez swoją babcię, w zabitej dechami i zapomnianej przez Boga wsi. Naiwna, że aż czasem chce się wyć, nierealna i sypiąca powiedzonkami swojej babci jak z rękawa. Niepoprawna optymistka, wierząca w ludzi i ich dobroć. Gaduła, śliczna i uczynna, pracowita i bystra.

Hugo? Oj..gdybym ja tego gagatka spotkała gdzieś osobiście, to dostałby ode mnie w łeb. Mocno. Z pięć razy. Co najmniej. Wielki pan prawnik, przystojny, bogaty i arogancki. Dobrze, że chłop się rehabilituje, bo krucho by z nim było i z moją sympatią do niego (ma facet szczęście, że jestem zaprawiona w bojach jeśli chodzi o śfinie i wiele potrafię wybaczyć).

Ale jak można tak z zimną krwią uwieść i wykorzystać dziewczynę, żeby dostać spadek? Tak kłamać, wręcz odwracać kota ogonem? W pierwszej połowie książki bardzo, ale to bardzo nie lubiłam bohatera. Co do Łucji, to jej naiwność też mnie denerwowała. Rozumiem jakby jeszcze Hugo naprawdę się starał, ale on był po prostu gburem.

Parę rzeczy mnie irytowało w tej historii. Naciągany konkurs na żonę, zrobienie z babci Łucji (kobiety wszak dopiero 60letniej) starowinki, która mówi tak, jakby miała tych wiosen co najmniej 80. Naiwność bohaterki i perfidia bohatera. A już numerem jeden (!) irytujących rzeczy, były zwariowane przyjaciółki Łucji. Czytałam i łapałam się za głowę, w myślach się zastanawiając “czy ktoś jeszcze mówi w ten sposób”?

Ale, ale! Tutaj zdecydowanie to, co było negatywem biło po mych oczach swoim urokiem. Babcia Łucji była cudna, zwariowane przyjaciółki pomocne i kochane, naiwność i dobroć bohaterki pomimo wszystko sprawiały, że ostatecznie nie dało się jej nie polubić. Doceniam także charakternych bohaterów drugoplanowych. Może nie każdemu spodoba się język powieści, ale jak dla mnie był lekki, humorystyczny, czytałam jednym tchem. Jak to się mówi? Autorka ma lekkie pióro.

Myślę sobie, polecać? Nie polecać? Sądzę, że sami musicie ocenić. Sięgnijcie, najwyżej tak jak ja będziecie się pukać w czoło i czytać dalej. W najgorszym przypadku książka wyląduje na podłodze po wcześniejszym rzucie nią o ścianę 😉

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to sprawisz mi ogromną radość, jeśli: