Pan Perfekcyjny – E. Ann Jewell

Kiedy zobaczyłam okładkę i przeczytałam opis, od razu stwierdziłam – pewnie będzie to coś w stylu “Egomaniaca” V. Keeland. Gołej klaty wprawdzie nie ma, ale spodziewałam się sporej dawki erotyzmu, darcia kotów i romansu (w tej kolejności). No cóż..nie. Zdecydowanie nie. Bo to był przede wszystkim romans, dobra historia, trochę smutna, pełna emocji, w dużo poważniejszym tonie niż niejedno dzieło, które dostępne jest teraz na rynku. Dwoje dorosłych ludzi po przejściach, traumach, ale takich ludzkich, życiowych, nie tyle mało ważnych (bo wręcz przeciwnie), ale nietrudno w nie uwierzyć i się w nie poniekąd “wczuć”. To jest zupełnie inny kaliber, niż tak ostatnio modne “jak główny bohater/bohaterka umrze na końcu, a przedtem będzie miał/a tysiące traum w postaci pobicia, śmierci rodziców, znęcania się w rodzinie zastępczej i innych milusich rzeczy to będzie całkiem spoko”. Tutaj mamy do czynienia z ludźmi, którzy są naprawdę autentyczni w swoim uczuciu, emocjach, walce ze swoimi dramatami i determinacją w podejmowaniu dobrych decyzji (bo ileż można podejmować tych złych). Może dla niektórych będzie zbyt emocjonalnie, może dla niektórych to wszystko już było, może to nie będzie nic odkrywczego, ale ja to kupiłam. W całości jestem kupiona i jeśli coś jeszcze tej autorki wydadzą, to ja jestem najbardziej za.

Przede wszystkim na “dzień dobry” dowiadujemy się, że Flint – główny bohater zabił swoją żonę. W sumie trudno określić to inaczej, bo mężczyzna kierował po pijaku samochodem i miał wypadek, w którym zginęła jego żona. Pomimo tego, że mija dziesięć lat od tamtego tragicznego wypadku, a bohater jest dobrym prawnikiem i stara się być dobrym ojcem (wręcz jest to dla niego jedyny powód do życia) dla swojego 12letniego, lekko autystycznego syna Harrisona, to Flint nadal nie może sobie wybaczyć. On wegetuje i nie czuje, żeby zasługiwał na cokolwiek dobrego. Pracuje, opiekuje się synem, uprawia ogród – rutyna, bo na cóż innego może zasługiwać? Nawet nie próbuje sobie wybaczyć i pomóc, aż pewnego dnia wynajmuje lokal Ellen. Od tej pory wszystko wywraca mu się do góry nogami, bo bohaterka jest wesoła, optymistyczna, leczy muzyką (muzykoterapia), zaczepia go, poprawia mu ciągle ubrania i narusza jego przestrzeń osobistą i trzyma w domu szczury! Do tego świetnie dogaduje się z jego synem, który jak się okazuje ma wspaniały talent muzyczny. Flint postanawia wymówić wynajem Ellen bo to jej hałasowanie i terapie, które prowadzi są tak głośne, że trudno mu się skupić. Ale zanim dojdzie do eksmisji bohaterowie zdążą do siebie poczuć nie tylko pożądanie, ale prawdziwe uczucie. Oboje poranieni, oboje zagubieni, starają się jak mogą odpychając się i przyciągając. A kiedy już wydawałoby się, że będzie dobrze okoliczności sprawiają, że Ellen musi zająć się swoim ojcem i zamieszkać z nim. Bohaterów zaczyna dzielić nagle 2.5 tysiąca kilometrów i nie widzą dobrego rozwiązania. Jednak nie martwcie się – będzie szczęśliwe zakończenie, a droga do niego wyboista, ale warta poznania.

Ellen trudno na początku rozgryźć, ale dosyć szybko dowiadujemy się, że też miała w życiu pod górkę, za sprawą swojego byłego oraz innych wydarzeń. Łatwo ją polubić, bo jest uparta, ale w dobry sposób, ma dobre serce i jest niebywale lojalna. Pewnie, że ma czasem “wejścia” za które chciałoby się nią potrząsnąć, ale szybko i prosto jej się wybacza. No a Flint…tak prosto można by było go ocenić już na starcie, ale ta jego walka i determinacja w wychowaniu syna, odpowiedzialność, siła, czyli to wszystko, co musiał w sobie odnaleźć i czego nie miał w sobie dziesięć lat wcześniej. To taki dobry facet, na którym można polegać. Jego zachowanie wielokrotnie udowadnia, że się zmienił, chociaż ta jego zmiana była okupiona tragicznym zdarzeniem. Podobała mi się ta postać, oboje mi się podobali, bo byli tacy jacyś inni. Inni od tego, do czego ostatnio jestem w książkach przyzwyczajona.

Jeszcze wspomnę o cudnych bohaterach pobocznych. Harrison, z jego bystrością i totalnym brakiem wyczucia. Logiczny aż do bólu, nie lubiący zmian, nie pojmujący aluzji i mówiący prosto z mostu. Autorka w piękny sposób przedstawiła tą postać. Jeszcze dodajmy do tego upartą i nie dającą sobie w kaszę dmuchać sekretarkę Flinta, rodziców bohatera oraz ojca Ellen i jej babcie (która przyłapie naszą parkę na gorącym uczynku 😉 ) i mamy naprawdę dobrą, miejscami zabawną, słodko – gorzką, ale absolutnie nie mdłą! opowieść o miłości dwojga ludzi i tym, że czasem naprawdę samo uczucie nie wystarczy, by wszystko ułożyło się po naszej myśli.

Wątpię, żeby to była książka w rodzaju pewniaka, ale sądzę, że niektórym z Was może przypaść do gustu. Przekonajcie się sami bo nawet jeśli nie będzie dobrze, to myślę, że czasu absolutnie nie stracicie 😉

Ania

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to sprawisz mi ogromną radość, jeśli: